piątek, 14 grudnia 2007

27.11 - La Paz (Boliwia)

Tak jak pisalem poprzednio, jestesmy w Boliwii, wrazenia na razie sie gotuja i jeszcze nie zostaly spisane, a my jak zwykle bedziemy gonic przed siebie, wiec opisze wszystko w autobusie.

Dzisiaj wieczorem jedziemy do Uyuni, w glab Boliwii, nad slone jeziora. Potrwa to pewnie ze 2 dni, wiec nie bedzie wiesci. Okolo 30tego powinnismy byc z powrotem w La Paz i albo ruszymy co Coroico zjechac rowerami Droga Smierci (w googlach po wpisaniu "coroico death road" pokaze sie pare fajnych zdjec) albo jak nie bedzie czasu to ruszymy juz do Cuzco.

Generalnie zyjemy, na razie troche podpieczeni na raka, koncza sie czyste ciuchy a nie ma kiedy prac :)

Apropo zdjec: nie wrzucam ich, bo przewaznie jestem przy kompie bez kabelka do aparatu, po drugie nie mam czasu. Zdjecia beda dostepne jak wroce, duzo zdjec poza tym ma Zuzka i Marija.

26.11 - Copacabana, Isla Del Sol (Boliwia)


Dzisiaj w planie rejsik stateczkiem na Wyspe Slonca, 1.5 h drogi od Copacabany. Noc mialem jakas koszmarna, snow wole nie opowiadac bo strach sie bac, budzilem sie mokry. Zwalam to na karb cisnienia I klimatu, Pizarro I reszta tez narzekali ze nie mogli spac w Chivay. Sam hostel Centre bardzo przyzwoity, nie taka nora jak np w Nazca. Poprzedniego wieczoru balowali w knajpce na dole jacys Kubanczycy, podobno lekarze. Dziwne, bo skad mieli kase zeby pojawic sie w Boliwii, moze to byli jacys kacykowie.

Przed zasnieciem zdazylem jeszcze zaliczyc maly stresik, patrzac na telewizor (tak tak, nawet tv nam sie trafil i to wszystko za cale 5 zl od osoby), pomyslalem: prad...prad... baterie...baterie... moze naladowac aparat... aparat... moze kamere... Kamere... Hm.. Kamere? Fuckin shit!!! Gdzie jest kamera?! Zuzka sie kapie , pytam Mariji, ta mysli ze zartuje (juz byla podobna sytuacja), glowkuje goraczkowo. Tak, w Playa azul gdzie jedlismy rybki przesiadalismy sie do innego stolika i polozylem ja na innym krzesle! Wypadam jak z procy z budynku i lece pedem do knajpy. Tam juz zamykaja, wejscie zastawione jakimis stolikami, ale wciskam sie a obsluga ktora juz w srodku sprzata patrzy jak na wariata. Mowie, ze zapomnialem kamery, patrza tylko.

Pokazuje rekami i mowie kemra, vidjo kemra. I jeden z nich mowi, no no, nie ma zadnej kamery.

To juz nie przelewki:

-Where de hell iz maj fakin kemra?!

- no kamera senior!

- giw mi maj kemra or aj uil put de bullet in jor hed!

- ajajaj senior, plis don't szut !

- Na kolana, karbonarra ! (Bang bang!)

Tak to powinno mniej wiecej wygladac a tymczasem

ide do stolika i pokazuje na krzeslo, mowie tu lezala kamera. A ten cwaniaczek po chwili sie usmiecha i mowi si si, jest kamera. Ufffff, idzie do baru, wyciaga kamere i mowi zebym sprawdzil, rzucam okiem, jest wszystko. Kamien spada z serca :) Zuzka tez byla raczej zadowolona ;)))

Ok, a teraz siedzimy na gornym pokladzie malej lodeczki takiej troche chinsko dzonkowatej, wlezlismy na gore zamiast siedziec w ciepelku zeby moc filmowac i miec lepsze widoki. Nie wiem czy to dobry pomysl bo po chwilowym okresie ciepelka zaczelo dmuchac a ja znowu mam tylko te szwabskie ciuchy i kamizelke polarkowa, dziewczyny nie lepiej ale one sa chyba odporne na wszystko :) Polozyly sie wlasnie na pokladzie i spia. Titicaca jest olbrzymie, jak morze, nie wiem czy ciepla woda bo to podobno bedzie nam dane sprawdzic jak doplyniemy, ma tam byc jakas plaza , ale wyglada na czyste... Oho, doplywamy do jakiegos przesmyku.

17:00 czasu boliwijskiego

(czyli jakas 16 peruwianskiego I 22 polskiego)

Wracamy z Isla Del Sol. Urokliwe miejsce I widoczki swietne, zwlaszcza z gory, na porozsiewane wszedzie zatoczki z niebieska woda. Teren jest pagorkowaty, nie ma stromych gor, ale nigdzie nie jest tez wystarczajaco plasko, wzniesienia I spadki I tak na calej wyspie. Ksztalty nieregularne, my poplynelismy do przystani w czesci polnocnej, wiekszy od niej jest tylko porcik w czesci poludniowej, tak sie zreszta nazywaja Norte I Sur.

Cala wyspa jest skalista, sucha I raczej niesprzyjajaca zyciu, nie widzielismy zadnych wiekszych upraw, jakies tam zagonki z kukurydza. Nie wiem do czego to porownac, ale tereny opodal Copacabany tez tak wygladaja, raczej rolnictwo tu nie kwitnie. Po dobiciu do przystani jakis koles przedstawiajacy sie kilkakrotnie jako Kaliksto (potem nawet udalo mi sie z nim przybic piatke, gdy chcial nawiazac rozmowe ale szybko go sprowadzilem na ziemie mowiac, ze nie hablam po espaniol) zostal naszym przewodnikiem. Za 10 Bs zmusili nas do kupienia biletow, ktore umozliwialy wejscie do muzeum (wow!), ktore tak naprawde bylo jedna niewielka salka z jakimis skorupami I zdjeciami. Nie polecamy. Aha, cala wycieczka na wyspe kosztowala 20 Bs. Potem Kaliksto powiodl nasza spora gromadke w glab wyspy, pokazujac po drodze a to ichnia szkole na powietrzu, a to rosnace wzdluz sciezki ziele, ktorego utarcie w dloniach I poniuchanie mialo byc bardzo odswiezajace (trudno obiektywnie ocenic ale moze I pomagalo, zapach byl bardzo intensywny I przypominal jakas mieszanke rozmarynu, miety I szalwii). Liscie tez zostaly zasugerowane jako zjadliwe, ale nie smakowaly nam.

W promieniach mocnego slonca maszerowalismy sobie dzielnie az w koncu dotarlismy do polozonego na plaskowyzu miejsca, ktore bylo miejscem kultu I skladania ofiar. Tu tez wysluchalismy troche o historii Inkow i wyspy. Podobno ofiary ze zwierzat sklada sie tu do dzisiaj (sa zdjecia ktore to dokumentuja), zas z calego tego sanktuarium pozostal kamienny stol otoczony 12 mniejszymi kamieniami symbolizujacymi miesiace I 4 wiekszymi przedstawiajacymi pory roku. Po co za co I dlaczego ? Nie wiem, wyklad byl w jezyku kalikstowo-hiszpanskim.

Potem nasz mily I sympatyczny przewodnik probowal wysepic od wszystkich jakies datki, byl bardzo przyjazny, kolabarante I w ogole, ale szybko umknelismy przed jego natretnym gadaniem do ruinek gdzie pstryknelismy pare fotek I ruszylismy w powrotna droge do przystani Sur. Droga byla o wiele przyjemniejsza niz, nie szukajac daleko, trasa w kanionie Colca, ale tez piela sie w gore I w dol, osiagajac podobno w najwyzszym punkcie ponad 4 tys m npm. Niezle, to na razie nasza najwieksza wysokosc.

Po drodze pare lamek, rumunskich dzieci, indian itp. Najlepsze bylo to, ze jak w koncu, po przemierzeniu prawie 11 kilometrow I paru godzinach udeptywania wyspy dotarlismy do celu to bylismy porzadnie zjarani. I nie papierosami ani trawa, lecz sloncem ktore caly czas niemilosiernie palilo, I czego zupelnie nie odczuwalismy, bo ciagle na otwartych przestrzeniach wial tam dosc zimny wiatr I nie przegrzewalismy sie za bardzo. Sloncu pomagala takze duza wysokosc wiec mocno sie popalilismy, ja na szczescie bedac bardziej okutanym w lachy mam tylko spalone uszy z ktorych juz zdzieram skore I twarz, no troche ramiona, ale dziewczynom wspolczuje, a juz Zuzka to haha cala czerwona :) Oprocz np. Miejsc pod okularami, paskiem od aparatu czy wisiorkiem :) Oj bedzie sie skora lupic.

Juz w zatoczce spozylismy nasz niesmiertelny I niewyczerpywalny prowiant w postaci dzemiku, czterodniowych bulek I wysmienitego sera, bodajze z Arequipy, ktory nabiera juz cech najlepszych markowych dojrzalych serkow I moze konkurowac z europejskimi a za tydzien o ile nie ucieknie zdobedzie zloty medal. Mniejsza o terminy przydatnosci do spozycia: po dlugim marszu smakowalo wybornie, zwlaszcza jesli bylo zapijane mate z duza iloscia koki. Nie moge nie wspomniec rowniez o wyczynie, ktorego dokonala nasza nieustraszona kolezanka, mamy to udokumentowane na video. Otoz poczatkowo planowana byla w jednej z ustronnych zatoczek kapiel, sprawdzalismy wode I byla cieplutka, ale potem musielismy lezc I lezc wiec zabawy w wodzie musielismy przelozyc. Tymczasem w przystani Sur Marija stwierdzila, ze byc na Isla Del Sol I sie nie wykapac to sie nie godzi i przeskoczyla szybko w kostium. My z Zuzka telepani juz udarem I chlodnym wiatrem udzielalismy jej jedynie duchowego wsparcia z brzegu. Kolejny raz rispekt I szacun! ;))) Tym bardziej ze woda byla juz zimna. Plywal sobie tylko jakis dziwny zaczerwieniony na twarzy facet w piance, ale on sie nie liczyl. Nie bede opisywal szczegolow, ale Marija kariere na Youtubie ma zapewniona :)

Powrotna droge spedzilismy juz profilaktycznie pod pokladem, ale tam z kolei smierdzialo spalinami. Nie bylismy odosobnieni w swoim spotkaniu ze Sloncem, bo wszyscy ktorzy wracali mieli solidnie poopalane geby :)

Potem szybki posilek za 25 Bs od osoby (duzo ale I jedzenie bylo dobre, przynajmniej moje bo takich parszywych kluskow jakie miala w swoim spaghetti Zuzka do tej pory nie jedlismy) I zaladunek do busika jadacego do La Paz, bagaze pasazerow w stylu poludniowoamerykanskim na dachu :)

W stolicy Boliwii mamy zameldowac sie ok. 21

...

18:30

Myslalem ze to juz koniec wrazen na dzisiaj, a tu prosze. Autobus zatrzymuje sie w jakiejs wiosce, kierowca kaze wszystkim wyjsc I mowi ze przesiadamy sie do lodek bo droga ma swoj dalszy ciag ale po drugiej strony jeziora, jestesmy nad jakims jego przesmykiem. Ciemno, ludzie troche zdezorientowani ida w strone budki przy ktorej stoja zolnierze I sprawdzaja paszporty (Zuzka odwaznie zapytala po co skoro nie przkraczamy granicy I uzyskala odpowiedz ze to kontrola miedzymiastowa). Oczywiscie nie moze obyc sie bez bilecikow za 3.5 Bs. Pakujemy sie na jakas lajbe, ciemno, jakbysmy probowali nielegalnie przekraczac granice w jakims trzecim swiecie. Kolysze, ciemnica, lodka nie ma zadnych oswietlen, widac tylko swiatla miasteczka do ktorego zdazamy I tego ktore zostawiamy za soba. Niezle, gdyby z ta lajba cos sie stalo na srodku przesmyku to nie wiem ilu by sie uratowalo w tych ciemnosciach. Po 20 minutach przeprawia sie rowniez nasz autobus I mozemy ruszac dalej.

...

Dnia wrazen ciag dalszy.

Otoz po dojechaniu do La Paz zatrzymujemy sie gdzies na ulicy... Po chwili pojawiaja sie policjanci, nie wiadomo co jest grane, kierowca zrzuca graty z dachu a tu sie okazuje ze wyladowalismy nie dosc ze w jakiejs niezbyt bezpiecznej okolicy I to po nocy, to taksowki beda nam zamawiac policjanci, spisujac dokladnie kto bedzie jechal , dokad I namiary na taksowke, zeby w razie czego takiego taksowkarza zweryfikowac. Atmosfera strachu udziela sie wszystkim. Zuzka mowi, ze w drodze do Puno rozmawiala z kolesiem ktory tez przyjechal do La Paz na studia, wsiadl w taksowke a ta wywiozla go gdzies na zadupie, przystawiono mu pistolet do glowy I oskubano ze wszelkich pieniedzy. I ta specjalna policja wlasnie ma chronic turystow przed bandytami, ktorych tu pelno, a na dodatek w Sucre sa jakies zamieszki antyrzadowe I rozroby. Pieknie trafilismy. La Paz to masakra... Ulice to syf z malaria, ludzie chodza tak ze nasza taksowka prawie jezdzi im po palcach, wszedzie pelno ludzi, starych gruchotow nie przestrzegajacych przepisow, jakies sklepiki I sklepiczki, handlarze, stragany... normalnie sajgon. A myslalem ze to Peru jest brzydkie.

Dojezdzamy pod hostel, kierowca odjechal a tu... brak miejsc. I stoimy na srodku ulicy. Idziemy paredziesiat metrow dalej, gdzie ma byc jakis inny przytulek dla takich jak my, jakas brama, przez szpare widac sterte gruzu I kraty , jakis obdartus otwiera I wpuszcza nas do srodka... Tu wlasnie dzis spimy, w lazience tylko kibel I umywalka, za to pokoj wypas, 4 lozka kazde z innej epoki, jakas sofka I fotel, a na okrase dywaniki samochodowe przy jednym z lozek. Juz nie lubimy Boliwii :)

25.11 - Copacabana (Boliwia)


Notke o Puno dokoncze pozniej, bo i tak za wiele nie ma co opowiadac. Obecnie jestesmy w Copacabana, w Boliwii.
Wbrew temu co sadzilismy i temu co sie czytalo, wydaje sie ze jest tu dostatniej niz w Peru. Miasteczko Copacabana to malenka miescina nad jeziorem Titicaca, duzo straganikow z ciuchami i jedzeniem (wielkie wory z chrupkami przykuwaja uwage), poza tym zabudowania bogatsze niz w np. w Puno, gdzie wszystko bylo brudne, zrujnowane i jakos takie nedzne. Tu tez nie jest bogato , ale jakos wydaje sie lepiej.
Sama podroz z Puno odbywala sie o wiele mniejszym autobusem niz dotychczas, i rowniez czystszym. Jechali sami obcokrajowcy, jacys Izraelczycy, Kolumbijczycy, Austriacy, chyba Holendrzy. Na granicy papierkologia , czyli ichnie wizy wjazdowe i wyjazdowe, zgubienie - 5$ :) Boliwianskie sole wychodza jeszcze taniej niz peruwianskie, za nocleg placimy po 15 Bs, czyli 5 zlotych, takie ceny lubimy :)

Obiad w najlepszej chyba knajpce w osadzie to 25 Bs , ryba, frytki, ryz, salatka. Najedlismy sie.
Jutro planujemy wycieczke na wyspy, ale jakie to juz nie pomne w tej chwili...cos zwiazane z ichnim kultem. Chyba nie bedziemy tam nocowac i prawdopodobnie wieczorem wyjedziemy do La Paz. Humory dopisuja, mimo wrazenia pewnego pospiechu w jakim gonimy z miejsca na miejsce. Internet = 1 Bs za godzine, 1 zl = 3 Bs :) Co nie znaczy, ze pieniadze nie znikaja.

25.11 - Puno (Peru)

Znowu nie mam czasu pisac, bo ledwo wpisalem poprzednie dni, a juz zbieramy sie i jedziemy nad jez. Titicaca, bedziemy tam gdzies nocowac na wyspach. Potem Boliwia i La Paz. Moze tam bedzie internet.

23-24.11 - Colca Canyon (Peru)



Dzisiaj pobudka o 5:30 i tax na dworzec. Nie podaje juz cen taksowek, bo wychodzi tanio, od kilku do kilkunastu soli. Tam autobus do Cabanaconde, przez Chivay. Wyglada na to, ze do smrodeku lokalnych autobusikow nalezy sie przyzwyczaic, w kazdym smierdzi. ... Poprzedniego wieczoru bylismy w Zero, bardzo europejskim lokalu, powyklejanym plakatami filmowymi, fajny nastroj, anglicy jakos chorowali, wiec byl tylko Ricardo vel "Pizarro" i Niemeczka. Wypilismy pare drinkow o wymyslnych nazwach, ale nie za duzo, zeby nie zdychac nastepnego dnia. ... Nie ma wiele do opisywania po drodze, krajobrazy staja sie pieknie malownicze, gory i doliny, autobus pnie sie serpentynami, droga z asfaltowej szybko zmienia sie w zwirowke. Po jakims czasie osiagamy Chivay, mala osadke, jedna z wiekszych w tej okolicy, mozna tam polezec w goracych zrodlach, ale nie mamy na to czasu. W trakcie postoju placimy za jakies "Boleto Turistiko" (35sol), ktore sa teoretycznie oplata za wejscie do kanionu, a ktore jak sie pozniej okaze sa tylko naciaganiem, wprawdzie przy Cruz Del Condor jakis lepek to sprawdzal ale wydaje mi sie ze nie byloby problemu z uniknieciem go w tumie turystow. Ok, po jakims czasie docieramy do Cabanaconde, dalej juz jechac sie nie da, tu na sympatycznym ryneczku konczy sie droga. Samo Cabanaconde i wioseczki po drodze trudno opisac, nie wiem gdzie Ci ludzie tam mieszkaja, bo domy to szare lepianki, czesc porozwalanych, u nas na wsiach kurniki wygladaja lepiej... Boli mnie glowa, pewnie z powodu roznic wysokosci, Chivay lezy na 3600, a Cabanaconde na 3200 m npm. Na wszelki wypadek zaczynam zuc liscie koki, paskudztwo i nie wiem czy pomoze ale co robic. Zaczepia nas jakis policjant i pokazuje zdjecie jakiegos bialego turysty, podobno zaginal na poczatku listopada gdzies na szlakach w kanionie. Wybralismy ambitny wariant z tym kanionem, wiec ruszamy droga wyjazdowa z miasteczka. Jest 11:15. Poczatek to dla mnie meka, glowa boli i szybko robie sie mokry od potu, a idziemy na razie po latwym terenie. Przy krzyzu odbijamy na lewo, kierujac sie do sciezek prowadzacych do San Miguel (?), wioseczki na dnie kanionu.

I tu juz zaczyna sie konkret :)

Widoki sa niesamowite, sciezynka wije sie nad przepasciami, nikt ani za nami ani przed nami nie idzie gdzies tak w polowie mija nas tylko jakis miejscowy na osiolkach, podjezdzajacy pod gore. Po jakims czasie juz czuje to schodzenie w kolanach i miesniach, bo staram sie stawac na ugiete nogi, zeby znowu tam mi cos nie chrupnelo, ale dla odmiany boli mnie ta noga ktora niby byla zdrowa. Co tu duzo gadac: zachcialo mi sie dreptania po gorach to mam. I szczerze mowiac nie pamietam kiedy tak dostalem po dupie. 15 lat temu na WACie. Kanion Colca stawiam na drugim miejscu i na pewno nie zapomne :)

Nie wiem, moze to juz kwestia wieku, ciagle brakowalo mi oddechu a serce walilo tak ze co jakis czas musialem sie zatrzymywac zeby sie nie urwalo z zaczepow. Swoje robil tez plecak, wywalilem z niego sporo rzeczy przed ta wycieczka a i tak byl kurewsko ciezki. Nienawidze go! :)

I tak to wlasnie wygladalo: podczas schodzenia nasluchiwalem czy juz pekaja mi kolana a pod gore sapalem jak porzadna lokomotywa. No naprawde nie sadzilem, ze jestem taki cienki, ale jak sie nic nie cwiczy to tak jest. Podziwiam za to dziewczyny, naprawde porzadnie maszerowaly. Mowily, ze kijki sa bardzo pomocne. A juz Marysia to blond-terminator :) Zupelnie nie bylo widac po niej zmeczenia, czasem z Zuzka juz pokladalismy sie na kamieniach a ona spokojnie czekala az wyrownamy oddech. Respect ;)

Po ok. 2-3 godzinach intensywnego schodzenia w glab kanionu osiaglnelismy dno i rzeczke z mostkiem, tam z przyjemnoscia zanurzylismy nogi w lodowatej wodzie. Jezu co za ulga dla gotujacych sie, opuchnietych stop.

Potem zaczelo sie wchodzenie, to byl w miare latwy odcinek i w miare szybko doszlismy do San Miguel. Tam myslelismy, ze cos zjemy ale musielibysmy czekac ok pol godziny, wiec dziewczyny wziely mate z koki a ja Arequipene, ktora byla najdrozszym piwem jakie pilem do tej pory w Peru (cale 10soli), ale smakowala jak nektar :) Wiadomo, za zbytki sie placi, zwlaszcza jesli trzeba je na osiolkach zwiezc na dno wawozu. Pogadalismy jeszcze ze starszym malzenstwem z Chamonix, ktorzy dotarli do wioseczki tuz przed nami i postanowili odpoczac przed dalsza droga, zaplacili za nocleg 5 soli(4 zlote), smieszne kwoty.

Ruszylismy dalej (po drodze mylac trase i dochodzac do jakiegos zatopionego w chaszczach domostwa) i po jakims czasie stanelismy przed zyzgaczkami...czyli morderczym podejsciem w gore. Polecam. Jak juz sie tam wdrapalismy , niewiel brakoiwala a pewnie na kolanach bym tego dokonal, to bylo lepiej. Na drugie stronie kanionu trasa wiodla przewaznie po plaskim, a potem znowu opadla na dno, kolejny mostek i po ok 7-8 godzinach dobilismy do...oazy.

Oasis, tak sie to nazywalo, bylo prowadzonym przez malych zasmolonych Peruwianczykow polozonym troche powyzej rzeki uroczym miejscem, z szalasami do spania, wokol placu porosnietego puszysta trawa w ktorej sie zapadalo idac, jakimis chalupkami w ktorych byla kuchnia i mala jadalnia, wokol drzewka i ogolnie maly raj. Ale najciekawsze bylo to, ze byly tam 2 baseny. Nie zadne wypasy , jakie widzi sie na posesjach bogaczy, ale woda czysta, w jednym nawet byly male dwa bicze wodne wyplywajace z kamiennych scian (takich typowo poludniowoamerykanskich, nie wiem jak je opisac :), dla nas po prostu eden.

Dochodzila juz 19ta, ae nie moglismy sobie odmowic kapieli. Nawet ja. Balem sie, ze woda bedzie zimna, bo to gory, woda nieogrzewana itd, ale chyba slonce troche ja ocieplilo, albo juz nic nie czulem od tego wysilku. Szybko zmylem z siebie potem i zamowilem zupe szparagowa, tylko takie mieli juz jedzenie nie liczac makaronu ala spaghetti, na ktory nie mialem ochoty. Plus piwo oczywiscie. Po wyjsciu z basenu zataczalem sie jak pijany, miekkie nogi i drzace rece. Wszyscy bylismy kompletnie wykonczeni. W oazie nie bylo elektrycznosci, wiec dojadalismy przy swieczkach, wspolnie z innymi , jacys anglicy i niemcy, niewiel osob. Umowilismy sie z jakas para, nie wiem skad, Brazylia czy Francja, ze na drugi dzien ruszymy z nimi. Nocleg 5 soli w szalasach ze scianami ktore byly prawie przeswitujace, ale za to na normalnych lozkach. Nawet nie bylo zbytnio zimno. Przed 22 spalismy juz jak kamienie.

24 listopada

Ten dzien to w zasadzie apogeum mojej udreki :)

Pobudka o 3ciej nad ranem zeby zdazyc na 7ma na autobus w Cabanaconde, ktorym planowalismy podjechac do Cruz Del Condor, miejsca z ktorego widac kolujace nad kanionem kondory.

Nasze towarzystwo juz czekalo z przewodnikiem, Mary wlaczyla czolowke i w ciemnosciach ruszylismy. To podejscie zaliczam do najbardziej wykanczajacych jakie dane mi bylo zaliczyc. Na zadnej trasie w Tatrach nie zmeczylem sie tak nawet w polowie. Szlismy bez zadnego sniadania, czujac jeszcze trudy poprzedniego dnia. 4 godziny, tyle trwala ta mordega. Po drodze mijali nas w te i wewte indianie z osiolkami, mysle ze nawet nas zdublowali. Co jakis czas juz juz wydawalo sie ze najgorsze za nami, patrzylismy w gore a tam pionowa skala ktora wydawala sie coraz wyzsza. Mysle, ze nigdy juz moja noga nie postapi w tej uroczej dolince z wodospadzikiem, bo drugi raz nie chcialbym powtarzac tego podejscia. Co oczywiscie nie znaczy, ze srednio sprawnemu, wypoczetemu czwiekowi sprawi to jakas olbrzymia trudnosc. Po prostu mi osobiscie ta trasa dala dobrze popalic :)

Z wywieszonymi jezykami ledwo zdazylismy na autobus w Cobanaconde, tok byl przeokrutny, akurat jechaly nim lokalne damessy z towarem na bazar, stalismy scisnieci w tym smrodku i w miare uplywu czasu zbieralo mi sie na wymioty, chyba z wykonczenia, Zuzka tez nie czula sie najlepiej.

Na Cruz Del Condor spotkalismy oczywiscie starych znajomych z "Pizarro" na czele, ktorzy nocowali w Chivay i przyjechali ogladac kondory. Widok na kanion niesamowity, ale jeszcze nie doszedlem do siebie i nie cieszylo mnie to szzcegolnie, pozywilismy sie troche kanapkami z dzemikiem kupionym w bodedze w Ice i mlekiem Gloria (smaczne). Slonce juz zaczelo ostro przygrzewac a ptaszyska nie przylatywaly , wiec zostawilem dziewczyny na konwersacjach ze znajomymi a sam walnalem na kamienie i spalem (dzieki temu mam dzisiaj opalone pol czola, schodzaca skore z uszu i usmazona polowe nosa). Po 2 godzinach nadal nic, Ricardo i jego podopieczni stwierdzili, ze juz ptaki nie przyleca i zwineli manatki (do zobaczenia w Cuzco), wiec i my poderwalismy tylki do gory. Nagle ludzie rzucili sie do krawedzi kanionu i rzeczywiscie: kolowal tam jeden samotny kondor, pstryknelismy pare fotek, ktore psu na bude sie chyba zdadza, bo bez obiektywu z duzym zoomem niewiele bylo widac i biegiem juz lecielismy na utobus ktory wlasnie podjezdzal. A teraz po polgodzinnym przystanku w Chivay podazamy z powrotem do Arequipy.

Wyprawee na Misti juz odpuscilismy, tzn. Marija bardzo chce, ale ja wymieklem pierwszy, a Zuzka tez stracila zapal, za krotki czas na regeneracje sil, musielibysmy wyjechac o 23ciej, potem o 1-2 nad ranem zaczac sie wspinac i to przy deficycie tlenowym na tej wysokosci.. Nie bede strugal bohatera, a ze Mary sama nie pojdzie to mamy zamiar nocnym autobusem jechac do Puno nad jez. Titicaca.

22.11 - Arequipa (Peru)


Po wyjsciu z autobusu ( w koncu!) juz z tarasu na dworcu usmiechala sie do nas mala peruwianeczka trzymajaca tabliczke z napisem "Susana, Maria, Marius", to byla wlasnie siostra kolesia z Nazca, a wiec nie sciemnial. Zawiozla nas do hostelu (dojazd z dworca wliczony w cene, mile). Nazwy w tej chwili nie pamietam, ale naprawde go polecam, czysto, ladne duze pokoje, goraca woda, blisko centrum, piekny taras na dachu. Dziewczyny byly bardzo mile i uczynne. Na dzien dobry dostalismy mate z lisci koki, smakuje troche jak zielona herbata :)

Niedawno bylismy obejrzec miasto, jest troche zabytkow, ale raczej nie wdawalismy sie w mocne zwiedzanie. Bardziej zaciekawilo nas zgromadzenie pod jakims urzedem. Stala tam gromada ludzi z transparentami i cos wywrzaskiwali. Zrobilismy tam prawdziwa furore :)) Otoczyli nas wkolo, my ich krecilismy kamera i niby wywiad robilismy, smiech na cala ulice, zaczalem sie rozgladac czy policja zaraz nas nie zgarnie za podzeganie do zamieszek bo naprawde bylo juz duze zgromadzenie a my w centrum. Zrobilismy sobie zdjecia , a jak wywolali mnie do tych bab ("gringo, gringo!") to juz w ogole wszyscy pekali ze smiechu, troche kontrastowalem taki chudy posrod grubych malych peruwianek. Oczywiscie nie omieszkalem zlapac cegly, niecodziennie jest sie bohaterem tlumow ;)

Ok, na wieczor mamy zaplanowane balowanie z opisywanym wczesniej towarzystwem, tym co podrozuja prywatnie z przewodnikiem, tez byli w Nazca wczoraj i tez sa dzisiaj w Arequipie, spotkalismy ich na ulicy i przywitalismy sie jak ze starymi znajomymi :)

Jutro zas zaczna sie schody i ostry wysilek - atakujemy kanion Colca, samotrzec, dwudniowka z noclegiem gdzies na dnie, a pojutrze wdrapujemy sie na wulkan Misti, gorujacy nad Arequipa. To bedzie juz niezly hardcor (ponad 5800 metrow npm, snieg i deficyt tlenu), ale mamy nadzieje ze bedzie ok i ze choroba wysokosciowa zlapie nas juz po powrocie.

Szybko ten czas leci, niby dopiero pare dni a juz czuje sie jakbym tu siedzial od tygodni.

21.11 - Nazca (Peru)



Tu bedzie o Nazca ale juz nie mam czasu bo lece na autobus do Arequipy!

...

Dzisiaj pobudka o normalnej porze, czyli o 7mej co nie oznacza, ze wstaje sie latwo. O 7:30 czeka na nas juz ustawiony poprzedniego dnia kierowca, ktory ma nas zawiezc na lotnisko. Tam tez funkcjonuje kilka firemek zlokalizowanych w ciagnacym sie wzdluz pasa startowego baraku, przed ktorym kazdy ma ustawione swoje samolociki. Wchodzimy i w ramach zabicia czasu puszczaja pogladowy film o liniach Nazca i cmentarzysku Chauchilla. Przed wyjsciem nic nie jedlismy wiec, po jakims czasie idziemy na druga strone autostrady do przydroznej knajpy, w ktorej jak sie okazuje nic nie ma. Tuz przy ulicy stoja jednak przy przenosnych straganikach babki z pozywieniem. Wyglada na to, ze to domowa wytworczosc, bo jedzenie jest w garnkach i miseczkach. Pani numer jeden mowi, ze juz nic nie ma, wiec atakujemy nastepna, wokol ktorej przysiadlo sie wiecej wyglodnialych peruwianczykow (widocznie to popularny i tani patent na pozywienie sie), ale i ta juz pokazuje puste kociolki. Wracamy do pierwszej, ktora ma jeszcze jakies buleczki i na szybko serwuje nam kanapki z czyms co smakuje jak bialy ser, mam przynajmniej taka nadzieje... Do tego po szklance InkaColi i zycie staje sie piekniejsze. Cena jakas niegodna nawet zapamietania.

Czekamy jeszcze bo podobno nad Nazca jest spory ruch lotniczy i jest kolejka, ale i w koncu my dostepujemy zaszczytu. Wlazimy razem z pilotem do awionetki, ja obok niego, Zuzka i Mary z tylu. Nakladamy sluchawki i kolujemy na pas. Pilot obiecuje, ze kazdy obrazek oblecimy tak, zeby bylo go widac i z lewej i z prawej strony. Start przyjemniejszy niz w normalnym samolocie, nie ma takiego dopalenia i rozpedu, ale bardziej namacalny bo samolocik malutki i blisko ziemi. Wykrecamy na zachod i po chwili dolatujemy do pierwszych znakow. Ogolne wrazenia super. Dziewczyny troche marudza, ze z tylu byly przeciazenia ;), ale nie odczulem, tylko mi troche reka zdretwiala od trzymania kamery, bo wszystko skrupulatnie krecilem. Rzeczywiscie wszystko oblecielismy z obu stron i pilot za kazdym razem mowil co teraz bedzie i pytal czy dobrze zobaczylismy - bez zastrzezen i polecam. Warto wydac kase, myslalem ze to przereklamowane, ale naprawde widoki sa swietne i wyglada to lepiej niz na zdjeciach. Zaplacilismy zreszta i tak niewiele (po 150 soli, czyli jakies 50$) , tyle wytargowalismy od babki ktora nas nagonila do swojego hotelu. W tym rowniez upchnelismy wycieczke do cmentarzysk Chauchilla i jakiegos lokalnego rekodziela. Dwa razy nas potem prosila, zeby nikomu nie mowic za ile, pewnie sie bala ze inni chcieliby za tyle samo. W sumie babka okazala sie w porzadku - wszystko co bylo umowione dostalismy i nie oszukala nas. Aha, Chauchilla. Po oblataniu Nazca przywiezli nas pod hotel, dziewczyny poszly sie zdrzemnac a ja szukac jakiegos internetu. Jak wrocilem to juz czekal na nas wielki Dodge, tak na moje oko z lat 70tych. Pomiescilismy sie w nim w 6osob i jeszcze nie bylo ciasno :) Taki klasyk z wielka 3osobowa kanapa z przodu.

(Chyba za bardzo sie rozwlekam z pisaniem , bo nie wyrabiam czasowo ! Bede sie bardziej streszczal, zeby bylo tylko z grubsza wiadomo co i jak.)

Samo cmentarzysko mnie nie zachwycilo, ale mozna sie przejechac. Po prostu antropologia i jakies mumie to nie dla mnie, z ciekawostek : mozna tam sobie obejrzec dobrze zmumifikowane zwloki mezczyzny, byc moze jakiegos szamana i niemowlaka. Odslonietych dla turystow grobowcow jest 12, reszta jest zasypana ziemia i poruszac sie mozna tylko po wyznaczonych sciezkach, cala ta plaska pustynia to podobno cmentarz ludow cywilizacji Nazca, ktorzy deformowali dzieciom czaszki nakladajac na nie jakies obrecze po to zeby wychodzily wyzsze (ten przywilej mialy klasy wyzsze), potrafili tez robic trepanacje, czesc czaszek ma otwory, podobno ponad 70% takiej operacji nie przezywalo (to i tak jakis wyjatkowo duzy odsetek jak na moje oko, ale tak mowil przewodnik). Opieke nad cmentarzem podjeto stosunkowo niedawno, wiec bardzo duzo grobow zostalo w przeszlosci spladrowanych dla zlota i ceramiki, po calym tym terenie walaja sie resztki kosci.

Ok, potem zawiezli nas na pokaz malowania garnkow z gliny i obejrzelismy proces tworzenia odzyskiwania zlota z rudy. Nie warto tego ogladac, ale za darmo bylo wiec nie plakalismy. Ten drugi zawodnik (ex-miner jak go przedstawiono) zafundowal nam niezla komedie, nie wiem czy zdawal sobie sprawe ze zachowuje sie jak idiota, ale bylo wesolo.

Kupilismy bilety na autobus do Arequipy (linie Cruz del Sur) , a koles z hotelu, polecil nam namiar na swoja siostre ktora prowadzi hostel w Arequipie. Potem przyszedl nas pozegnac na dworzec , najwyrazniej Mary wpadla mu w oko :))) bo stal tam z nami ze 2 godziny ;)

Autobus przyjechal spozniony , zamiast o 19tej dotarl o 21:30, masakra. Tutaj znowu cyrk, przed wejsciem ustawiono kamere nacelowana na drzwi i stolik, na ktorym kladlismy bagaze i ktory ochroniarz pilnujacy tego przybytku skanowal wykrywaczem. Bez sensu bo sprawdzili tylko Zuzke :)

Wejscie do autobusu i uderzenie... smrodu. Wybralismy linie ekonomiczne, za pol ceny tych luksusowych (czyli 40soli, zamiast 80ciu), ale nie sadzilismy ze taka bedzie roznica. Wewnatrz smierdzialo przeokrutnie, skarpetami, potem , zgnilym sianem i ogolnym chlewem , Zuzka o malo sie nie cofnela :), siedziala potem troche wpieniona :) Balismy sie, ze po 8 godzinach jazdy bedziemy cuchnac tak samo jak Ci peruwianczycy. Zanim na dobre wyruszylismy kierowca zakrecil pod jakas jadlodajnie, gdzie staly tez autobusy innych linii i inni ludzie ktorzy tak jak my czekali na swoj los. Przy okazji kierowcy sie wymienili, bo z Limy do Arequipy to dobre kilkanascie godzin jazdy non stop i musi ich byc wiecej. Oczywiscie zmiennik wychynal z bagaznika, tego pod autobusem. Nie wiem jak on tam oddychal, ale mial materacyk, wiec nadzieja ze odpoczal zanim nas powiozl dalej. Podroz okropna. Dluga, nie dzialaly swiatelka nad glowami, oczywiscie zadnej klimy, smrodek a na dodatek obok mnie okno bylo uszkodzone i niezle wialo, zmarzlem jak pies. Mielismy sie znieczulic kupionym przed wyjazdem pisco, ale Zuzce tak opadl humor ze wypilismy po pare kieliszkow (czytaj: kubków) i reszte zostawilismy. W nocy przekrecalem sie na wszystkie mozliwe sposoby, lacznie ze stawianiem nog na szybie (siedzialem sam), ale wtedy z kolei marzlem w nogi. Ogolnie koszmar i nie polecam linii Economico, lepiej doplacic i wziac Cruzero albo Imperial, albo w ogole inna siec, moze sa lepsi.

środa, 12 grudnia 2007

20.11 Islas Ballestas, Huacachina (Peru)

Claire (Francuzka ktora poznalismy w Huacachina i ktora miala z nami jechac ) najwyrazniej spasowala po nocnym balowaniu bo sie nie zjawila. Ja tez czulem sie srednio i bolala mnie glowa. W Pisco bylismy o 7mej (autobus 3,5 soli), tam niektorzy poczuli sie jeszcze gorzej;), lapiemy taksowke i jedziemy do Paracas zeby obejrzec Islas Ballestas, czyli peruwianskie Galapagos. Bilet na lodz kosztuje 40 soli, ale dobijamy targu i za 3 osoby placimy 85 (kolesia nie lubimy bo nas probowal oszukac, mowiac ze wszystko juz incluido). Szybkie sniadanko, kawalek dosc smacznego choc troche tlustego miesa, kolba gotowanej kukurydzy o dziwnych wielkich bialych ziarnach (nie smakowala mi bo nasze nie sa tkie suche i maczyste)i swietna cebula w kwasnym sosie. Razem 7 soli.

W porciku zamieszanie, zjechaly juz autokary z turystami , jest nawet wycieczka z Polski, nasz przewodnik (ten co niby mial byc profesor de inglese) to Luis nadzoruje nasze wsiadanie na motorowke (wchodzi na nia jakies 20-25 osob) i ruszamy. Prujemy dosc szybko, wiec zaraz robi sie zimno, po 10 minutach jestesmy przy slynnym "candelabre", wyrytym w skale i widocznym tylko od strony morza dziwnym symbolu w ksztalcie wlasnie kandelabra, choc wersje sa rozne, jedna z nich mowi ze to symbol kaktusa halucynogennego ktorym faszerowali sie inkowie, inna ze to odcisk jakiegos statku kosmicznego, jeszcze inna ze mapa ukrytego skarbu ktory piraci schowali w jednej z okolicznych jaskin i grot. Luis mowi, ze wie co to zonacza, ale to supertajny sekret :) Za jakis czas doplywamy do wysp, rzeczywiscie robia wrazenie, pingwiny , lwy morskie i foki, ktore niew iadomo jakim cudem wdrapaly sie na polki skalne, jakies rozgwiazdy poprzyklejane do skal, kraby i przede wszystkim miliony ptakow. Siedza wszedzie i wszedzie tez unosi sie zapach guano, z ktorego zreszta to miejsce slynie i ktore przynosi spore dochody. Podobo nastepne zbiory odbeda sie w 2009 roku, Zuzka chce sie zalapac mimo ze nawet niewolniczo pracujacy tam chinczycy woleli skakac do oceanu i popelniac samobojstwo niz to robic ;)

Myslelismy ze zalapiemy sie z powrotem autokarem z Polakami, ale zajeci rozmowa z pewnym starszym malzenstwem z Polski, nie zauwazamy ze nasi juz odjechali. Francuzi tez nas nie chca, wiec lapiemy jakis busik ktorym podruzuje jakas angielska para i mloda Niemka z prywatnie wynajetym przewodnikiem. Zgadzaja sie nas podrzucic, a przy okazji odwiedzamy jedna z bodeg , gdzie opowiedza nam jak powstaje pisco (ciekawa sprawa) i gdzie kosztujemy znowu jego rozmaitych odmian ;)

Dojezdzamy z nimi do samej Huacachina, gdzie nastepuje niemily zgrzytÑ gdy nasi turysci odeszli babka kierujaca busikiem zyczy sobie zeby jej zaplacic. Jakies grosze, ale przeciez i tak juz miala zaplacone, polasila sie malpa jedna na dodatkowy zarobek, oczywiscie przy tamtych siedzac cicho. Zuzka weszla z nia w ostra polemike i w koncu babka wkurzona pomstujac odjechala.

Przebralismy sie szybko bo czekal nas sandboarding (35 soli od osoby). Niezla jazda :) Piach walil po oczach, wciskal sie do nosa ( do dzisiaj go wydmuchuje) i ust. Kilka postojow na wiekszych wydmach, gdzie facet smarowal deski vaxem i jechalismy w dol, raz udalo mi sie nawet ostro popruc na wprost osiagajac niezla predkosc, ale pod koniec wywinalem takiego akrobatycznego orla ze musialem potem szukac okularow i do teraz boli mnie nadgarstek. Z tymi deskami to fajna sprawa, ale wosk blyskawicznie sie scieral i na mniej stromych zboczach nie dalo sie jechac. Wszystko to we wscieklym upale, ale pustynia sie podobala. I to byl praktycznie koniec dnia. Jeszcze tylko jazda na dworzec zeby zlapac autobus do Nazca (wzielismy taxi na spolke z balangowiczem z poprzedniego wieczoru, anglik ktory od 7 miesiecy(!) jest w drodze, objechal cala Azje, a teraz znalazl sie w Ameryce Pd, koles luzak, bez spiwora, w klapkach).

W Nazca ladujemy ok 20tej i tu zabawa na calego. Opadaja nas naganiacze ktorzy zachecaja do noclegu w ich hotelu, probuja rozmawiac z kazdym z nas z osobna, przekrzykuja sie, zjezdzaja z cenami gdy tylko konkurent proponuje cos wiecej, a jak jeden cos mowi to dogaduja z boku "nie sluchaj go", "on klamie","ona ma falszywe papiery, tylko ja jestem prawdziwy", smiech na calego, zaluje ze tego nie nakrecilem.

W koncu idziemy z jedna babka, ktora oferuje private bathroom, desajuno (sniadanie), aqua caliente (ciepla wode) za cale 10 soli (8zl). Jeden z naganiaczy ktorzy "przegrali" idzie na wszelki wypadek gdybysmy sie rozmyslili. Na miejscu okazuje sie ze jakzwykle cena juz rosnie, ale rezygnujemy ze sniadania bo to i tak jakas nedza, ale cena zostaje. Jutro latanie nad Nazca.

19.11 - Lima, Ika, Huacachina (Peru)

Lot do Limy spokojny, tym razem Airbus 300, po 2 rzedy pod oknami, cztery rzedy srodkiem. W koncu jakies ladniejsze stewardesy, takie troche latina, i lepsze jedzenie )beef. Obok mnie siedziala para Polakow, ale jacys dziwni byli, wiec nie nawiazywalem kontaktu. Zasnalem zanim wystartowalismy, opoznienie bylo jakies pol godziny bo czekali na jakiegos pajaca, i dobrze ze sie spoznil, bo to wolne miejsce obok mnie zostalo puste.

W Limie szybka kolejka po wize i chwila niepewnosci czy na karuzeli pojawi sie moj plecak )w sumie jakby mi zaplacili te marne 2 tys euro to moglby nie wyjezdzac, bo ciezki sie zrobil sukinsyn jeszcze bardziej). Juz na wyjsciu dopadaja mnie taksowkarze, ale wszystkim odmawiam szukajac Zuzki, ktora notabene zaraz chyba opieprze, bo juz 5 godzin wacham smrod tego miasta a jej nie ma :) Grupa podobno sie podzielila, tak jak sie spodziewalem, i mamy dzisiaj ruszyc do Ika. Poniewaz umowilismy sie na dworcu to biore taxi, przeplacam oczywiscie, ale juz nie chce mi sie dyskutowac, bo angielski to on zna na zasadzie yes-no, ale klamie przekonujaco. Zreszta wart byl dodatkowych $ bo jechal az mi sie smiac chcialo. Zreszta wszyscy oni jezdza jakby kodeksu na oczy nie widzieli. W sumie oczy dokola glowy i dobre hamulce to jedyne co tu jest potrzebne do jezdzenia, pierwszenstwo ma zawsze ten kto pierwszy wjedzie. Samo lotnisko nie jest w Limie tylko Callao, wiec po drodze korki i suburbia, masakra, jak na ulicach trzeciego swiata, wolna amerykanka, klaksony i ogolny bajzel.

Z Zuzka i Mary spotykamy sie na dworcu linii Soyuz i Peru Bus()to chyba jedna firma). Bilety do Ika - 22 soli za osobe. Dla przypomnienia 1$=3sole. Do plecakow ladowanych do bagaznika przyszywane sa jakies kwitki i ruszamy, podroz ma trwac ok 5h. Autobus to taki nasz PKS, zadnych rewelacji, chociaz konduktor spojrzawszy na nas wlaczyl film z napisami w wersji angielskiej. Autostrada panamerykanska biegnaca wzdluz wybrzez to tak naprawde dwukierunkowa droga z wiekszym poboczem, wjazd jakies 7 soli.

Ledwo wyjechalismy z Limy i krajobraz zmienil sie niesamowicie. Wlasciwie niemal wszystko obok drogi to pustynia, po lewej w oddali przebijaja Andy, po prawej od czasu do czasu widac ocean, reszta to szara wyschnieta ziemia, piach, kurz i wydmy.

Mijajac jakies domostwa zastanawiamy sie jak Ci ludzie tu zyja i z czego. Na calej trasie widac slady po ostatnim wiosennym trzesieniu ziemi, ktore bylo jednym z najsilniejszych od dziesiecioleci - zaden dom ktory przetrwal nie ma dachy, wszedzie leza stosy kamieni i cegiel, wyglada to bardzo biednie. W autobusie ludzie spokojni , przewaznie spia, od czasu do czasu z tylu podrywa sie kobieta zachecajaca do kupowania jakichs oranzad i czegos co wyglada jak chrupki albo suchary. Prawie na kazdym przystanku wsiada jakis niepòzorny ludzik z kajetem, kontroluje bilety i weryfikuje ze starannie prowadzona przez konduktora lista obecnosci, potem wysiada gdzies na tej ciagnacej do horyzontu drodze.

Dziewczyny stwierdzaja ze nawet Meksyk nie wygladal tak biednie. Ok 17 dojezdzamy do Iki i ruszamy w miasto. Miasto to mocno powiedziane, owszem zabudowania sa miejskie niby, ale strasznie to wszystko wyniszczone, ulice jesli nie sa dziurami to w zasadzie betonowe plytki, pelno ludzi i trabiacych samochodow, wlasciwie samochodzikow bo krolem ikeanskich ulic jest Matiz. Tyle Matizow na raz na ulicy jeszcze nie widzialem :) Jemy obiad w jakims przydroznym barze obok katedry(?), 4 sole, wiec jakies 3 zl. Miesa niewiele, glownie ziemniaki, ryz, jakis sos z warzywami, ale moze byc , ludzi w tym baraku siedzialo sporo wiec jest szansa ze sie nie potrujemy. Lapiemy taksowke (5 soli) ktora robi nam najpierw mala objazdowke po miescie (szukamy wina bo Ika slynie z winnic) a potem wiezie nad do Huacachina, zakopanej w gorach piachu oazy. Brzmi to dziwnie ale tak wlasnie jest. Posrod piaskowych gor, ktorych nie powstydzilaby sie zadna pustynia lezy w dolince nawet spore jezioro otoczone palmami i domami, w wiekszosci to hostele i knajpy. To miejsce slynie z sandboardingu i jezdzenia po wydmach buggym. Po ostrych targach z sympatyczna recepcjonistka bierzemy 3osobowy pokoj w parterowym hostaliku za 45 soli. Bez cieplej wody byl tanszy :) Zadna rewelacja wewnatrz, ale juz przestalem sie nastawiac na zbytki, marze o tym zeby po 2 dniach w samolocie i jezdzie specyficznie zalatujacym autobusem w koncu sie umyc.

W "lazience" zamykanej od wewnatrz kawalkiem cegly leza na podlodze karaluchy, podobno nawet ruszaly im sie nozki, ale nie przygladalem sie specjalnie. Bierzemy butelke wina i ruszamy na wydme. Meczace troche, bo piach jest grzaski. Z gory widac cala lagunke, ksiezyc swieci mocno wiec jest dosc jasno, a piach nawet gleboko jest bardzo cieply, zaczynamy zalowac ze bralismy pokoj zamiast spac na wydmie, cisza tu niesamowita.

Po powrocie zagladamy do zamykajacego wlasnie kramik sprzedawcy swiecidelek :) Nazywa sie Jesus i po chwili prowadzi nas do knajpki gdzie mamy zakosztowac pisco, lokalnego bimbru robionego z winogron. Podaje sie go na wiele sposobow, najpierw dostajemy z ubitym bialkiem, w szklaneczce jak drink, smakuje kremowo i jak dla mnie troche aloesowo, potem bierzemy czyste pisco, kieliszek to solidna 50tka, wiec miny mamy nietegie, ale dajemy rade. Za kolacje placimy ok 100 soli (Jesus potraktowal siebie jako goscia i nie kwapil sie placenia).Troche nam lepiej wiec bierzemy nastepna serie :) Wlasciciel lokalu widzac , ze nam smakuje proponuje pisco z liscmi koki, czemu nie, dziewczyny potem ten lisc nawet zjadaja :) Jesus , podobno abstynent nabral tez ochoty i zagadal z wlascicielem, ktory chyba nas polubil bo potem juz do konca pilismy za darmo :) Bylo wiec pisco z rodzynkami, pisco z pomaranczkami, znowu czyste, znowu z jajkiem... Robilo sie bardzo wesolo, ale resztki zdrowego rozsadku zwyciezyly - umowilismy sie z taksowkarzem na 5:30 , ze zawiezie nas do Iki, wiec czas bylo wracac do lozek.

18.11 - Miami, USA


Bieda z nedza w tym Miami.

Ale po kolei: ten "garbaty" Boeing 747-400, ktoremu zrobilem fotke jak czekalem na odprawe (zza szyby wiec jakies plamy tu widac) okazalo sie, ze leci wlasnie do Miami, nie wiem ile dokladnie wchodzi do niego ludzi, ale obstawiam ze powyzej pol tysiaca, w srodku jak w luksusowym wagonie bydlecym, glowa przy glowie.

Moje starannie dobierane miejsce w rzeczywistosci okazalo sie mniej rewelacyjne ale I tak w porownaniu z innymi mialem swietnie, bo I od okna I nikt przede mna nie siedzial, chociaz zbyt daleko nie moglem sie wyciagac, bo scianka byla, no I fotele odrobine wezsze, bo jako ze nie bylo nikogo z przodu to stoliki chowane byly w podlokietnikach, podobnie jak sterowanie wideoteka (ekran wysuwal sie spod fotela). Filmy o dziwo w miare przyzwoite, "Rozwazna I Romantyczna" meczylem :) , no dobra nie bylo literek wiec lekko nie bylo, ale imiona wylapywalem bezblednie ;) Fajna mapka obrazujaca lot tam sie tez pokazywala. Poza tym: jedzenie paskudne, na przekaske jakies orzeszki plus napoje (oczywiscie wzialem browar), na obiad goraca papka puree z parowkopodobnymi kielbaskami, wiec ratowalem sie salatka, ktora zapilem dwoma butelkami wina (od tego momentu zycie stalo sie jakby bardziej przyjemne), a na kolacje ohydne kanapki.

Glownie spalem, odsypiajac stracona noc. Caly czas lecielismy oczywiscie ze sloncem, goniac dzien, wiec chyba troche rozregulowal mi sie wewnetrzny zegar. Po przylocie tragedia - cala ta armia ludzi zostala skierowana do kontroli paszportowej, prawie godzine to trwalo. A potem sie zgubilem. Moze niezupelnie, ale latalem po calym terminalu I szukalem plecaka, bo jakis tepy murzyn powiedzial ze musze przejsc odprawe celna z bagazem. Potem bardziej oblatana babka z obslugi powiedziala, ze tamten sie nie zna I ze bagaz odbiore sobie w Limie ( w Polsce oczywiscie tez rownie inteligentna powiedziala ze bagaz transferowany jest tylko do Miami, dlatego dalem sie nabrac temu czarnemu). No to poszedlem szukac odprawy, maja tam taki bajer, ze dziala to automatycznie- wsuwasz paszport I juz. Niestety mnie uparcie chcialo odprawic z powrotem do Londynu a lotu do Limy w ogole nie bylo w systemie. Dorwalem jakies kolesia, ktory z poblazliwa mina probowal tego samego I bardzo sie zdziwil. Poszedl gdzies z moim paszportem , wrocil z magicznymi numerami I zaczal je wpisywac, ale tez mu nie wyszlo, wiec trafilem do jakiegos ichniego guru, ktory w koncu jakos mnie wyszperal I zapewnil, ze bagaz na 100% odbieram w Limie.

I to tyle, teraz czekam na samolot do Limy. Lotnisko duze, ale syfiaste troche, puste I zalatuje klimatyzacja. Wyszedlem na chwile na zewnatrz ale uderzenie upalu wrzucilo mnie z powrotem, a ubrany jestem tak mniej wiecej na warszawskie -2 stopnie. Co jeszcze: z gory miasto w nocy wyglada genialnie, ciagnace sie po horyzont swiatla I ulice, jak na amerykanskich filmach :)

No to lece, bo krzycza cos o Limie.

18.11 - Przed odlotem

Nie będę cofał się do początku i wyjaśniał skąd nagle pomysł Peru.

Zuzka i reszta dzisiaj chyba wylatują z Mexico City, Michał przedziera się gdzieś z Ekwadoru a może już dojechał, a ja właśnie skończyłem się pakować i za 2 godziny będę na lotnisku. 0 7:30 wylot do Heathrow, a potem stamtąd do Miami. W poniedziałek o 5:20 powinienem być już w Limie.

No i świetnie - w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że nie wydrukowałem terminów odlotów/przylotów z BA. Aha, i oczywiście niezałatwiony nocleg w Miami, odzywa się odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. Ale przecież się nie rozerwę, a nie spałem prawie od doby.

Ciąg dalszy nastąpi.